„Zaraz potem jak co dzień zjawił się stary człowiek, nadjeżdżający w niebieskim wozie. Jak zwykle podjechał najpierw do domu Starków, po czym zawrócił do skrzyżowania, do Carmichaelów.
Mleko, mleko Maślanka, Świeże ostrężyny, Maślanka.
Był to pan Fate Rainey ze swoją piosenką. Trwało to bardzo długo. Codziennie Loch wypatrywał świeżego kwiatu, jakim przyozdobiony był słomkowy kapelusz konia. Pan Rainey przejeżdżał więc obok domu Starków, po czym okrążał cmentarz, dzielnicę czarnych i wracał. Przyśpiewka jego, na tę samą zawsze nutę, narastała, zbliżała się, oddalała, by po pewnym czasie znowu się zbliżyć. Ale może to było tylko echo — czy tak właśnie brzmiało echo A może tak brzmiał ostatni krzyk człowieka wzywającego pomocy z głębi przepastnego dołu „Tu... tu jestem... ludzie... tu!"
Po chwili rozległo się zrzędzenie błękitnej sójki. Chociaż wcale nie. Było to po prostu skrzypienie kuchennych drzwi. To tamci dwoje teraz dopiero wchodzili do domu przez tylną werandę. Loch patrzał na otwierające się drzwi, w których siatka na moskity wybrzuszała się mocno do środka, od tego pewnie, że latami ludzie się o nią opierali, na parę znikającą w głębi domu i wezbrało w nim znowu dawne oburzenie. Jednocześnie zaś poczuł radość. Dlatego, że chociaż para złoczyńców nie widziała go, on, Loch, mógł przypatrywać im się do woli, i to zarówno przez teleskop, jak i gołym okiem. Śledził ich już od kilku dni, byli jego prywatną własnością, jego własną tajemnicą.“(7)
<<<< 6 Wolne rodniki a nowotwory-W
| Przyniósł dżin Popijali >>>>
mazury atrakcje turystyczne |muay thai poznań |kominy